Kolumbia dzień 7: białe miasto Popayan

Do Popayan pojechałyśmy z San Agustin niewielkim busem firmy Cootranshuila (34.000COP, ok 40zł). Niestety nie był tak komfortowy jak ten firmy Coomotors z Bogoty do Neiva 😉

O 7.30 musiałyśmy stawić się w agencji, gdzie kupowałyśmy bilet. Tam zamówiono nam taksówkę i wywieziono ok 10km za miasto na skrzyżowanie dróg do Pitalito i Popayan (inne agencje miały bardziej bezpośrednie połączenia). Czekałyśmy na bus, który przyjechał idealnie punktualnie. Trzeba też przyznać, że podróż zajęła dokładnie tyle czasu ile nam mówiono – miała trwać 4-4,5h a zajęła dokładnie 4h 15min 🙂 A warto tu zaznaczyć, że ta trasa uznawana jest za jedną z najgorszych w całej Kolumbii! Czytając o niej długo się wahałyśmy czy w ogóle chcemy się w nią pchać. Prowadzi bowiem prze góry – najpierw autobus wspina się bardzo wysoko, żeby później zjechać dość ostro w dół. Gwarantuje to piękne widoki, ale osoby z chorobą lokomocyjną przechodzą ciężkie chwile. Na części trasy nie ma asfaltu, przez co w przeszłości podróż potrafiła wydłużyć się nawet do 9h (w tej chwili asfaltu nie ma już na niewielu odcinkach). Do tego chodziły jeszcze historie o porwaniach przez partyzantów właśnie na tej trasie (na szczęście głównie w nocy). Koszmar! Uzbrojone w Aviomarine, torebki foliowe na wypadek gdyby nie pomógł 😉 i bilety na bardzo wczesny autobus (żeby za wszelką cenę dojechać na miejsce przed zmrokiem) ruszyłyśmy w podróż. Okazało się, że historie były mocno przesadzone i trasa wcale nie jest taka zła, faktycznie oferuje jednak piękne widoki 🙂


Jechałyśmy z samymi Kolumbijczykami, który chyba pokonują trasę Pitalito-Popayan bardzo regularnie. W busie były pootwierane wszystkie okna, przez co nawet bez klimatyzacji było bardzo zimno. Siedziałyśmy zawinięte w kaptury i chusty, przez co wyglądałyśmy jak „gansta” a Kolumbijczycy dziwnie się do nas uśmiechali 😉

Po godzinie jazdy zostaliśmy zatrzymani przez uzbrojony oddział. Kilku żołnierzy mierzyło w kierunku autobusu z broni siedząc w zbudowanym z worków piasku schronie. Kilku innych zaczęło iść w naszym kierunku. Zaczynałyśmy już wpadać w panikę, ale uspokoił nas zupełny brak strachu wsród naszych współpasażerów. Okazało się, że to wojsko a nie partyzanci. Przeprowadzali rutynową kontrolę. Poprosili na zewnątrz busa, a następnie przeszukali wszystkich mężczyzn, kilku kobietom sprawdzili torby, nam powiedzieli tylko dzień dobry 😉 Ktoś rzucił mimochodem, że szukają kokainy, chociaż sposób prowadzenia przeszukiwań bardziej wskazywał na poszukiwanie brani. W każdym razie szybko nas puścili a dalsza podróż minęła już bez atrakcji 😉

Popayan okazało się uroczym miastem. Cała starówka zbudowana jest z niskich bielonych domków tworzących ciągi białych ścian. Wszystkie dachy pokryte są identycznymi brązowymi dachówkami, co tworzy efekt spójności i zamysłu architektonicznego. Tylko co jakiś czas natrafia się na wyższy budynek – kościół lub urząd w stylu kolonialnym, który jest jedynym punktem orientacyjnym. Wszystkie uliczki są bowiem identyczne i bardzo łatwo się w nich zgubić.





Żałuję, że nie miałyśmy więcej czasu na poznanie tego miasta. Następnego dnia 6-tej rano miałyśmy autobus do Zona Cafetera, czyli rejonu upraw znanej na całym świecie kolumbijskiej kawy arabica. Na Popayan poświeciliśmy zaledwie kilka godzin, a miasteczko szczerze nas zauroczyło 🙂

Iwona Kaźmierczak
Iwona Kaźmierczak
Podróże kocha od dziecka. Kiedyś głównie o nich śniła, od kilku lat realizuje swoje marzenia. W wyprawach przez świat uwielbia przygody, stykanie się z nieznanym, poznawanie nowych ludzi oraz niesamowite poczucie wolności, którą daje podróżowanie. Kontakt: iwona@dokadteraz.pl

Dodaj komentarz