Kolumbia dzień 3: Desierto de La Tatacoa

Przyleciałyśmy do miasta Neiva z dwóch powodów – po pierwsze jest to najbliższe San Agustin (jedno z najważniejszych dla Ameryki Południowej miejsc archeologicznych) lotnisko oferujące tanie loty z Bogoty, po drugie – leży zaledwie 40km od niezwykłej pustyni Tatacoa, którą chciałyśmy zobaczyć od momentu natknięcia się na jej zdjęcie w przewodniku Lonely Planet. I mówiąc krótko – nie rozczarowałyśmy się! 🙂

Do Neiva przyleciałyśmy późno wieczorem poprzedniego dnia, ale celowo wzięłyśmy hotel z tzw. „tour desk”, żeby wykupić od razy wycieczkę na pustynię następnego dnia rano. Niestety kolumbijska interpretacja tego hasła zupełnie nie pokryła się z naszymi oczekiwaniami i oznaczała jedynie, że hotel ma bezpłatne mapy miasta 😉 Do tego obsługa zupełnie nie mówiła po angielsku, więc moja towarzyszka podroży Gosia znów musiała wykazać się znajomością hiszpańskiego. Pytając o pustynię dowiedziałyśmy się, że musimy pojechać na terminal autobusowy, złapać tam bus do miasta VillaVieja, a tam „motortaxi”, które zawiezie nas na pustynię. Na pytanie, o której odjeżdżają autobusy do VillaVieja otrzymałyśmy odpowiedź: „chyba od 8-mej” i niczego więcej się już nie dowiedziałyśmy. Niepewne tego, czy ta wycieczka się uda, zamówiliśmy taxi i pojechałyśmy rano na dworzec autobusowy. Wiedziałyśmy, że jest tam informacja turystyczna i to od niej postanowiłyśmy zacząć.

W informacji turystycznej na dworcu siedział.. policjant, który oczywiście nie mówił po angielsku a do tego nie bardzo orientował się w czymkolwiek o co pytałyśmy, ale miał za to darmowe mapy 😉 Skończyło się na tym, że wyszedł z budki i razem z nami poszedł szukać autobusu do VillaVieja. Faktycznie nam pomógł i szybko okazało się, że nas autobus to tzw. „colectivo”, czyli mały busik który odjeżdża dopiero wtedy, gdy nazbiera wystarczająco dużo pasażerów. To dlatego nie mogłyśmy nigdzie uzyskać informacji o godzinach odjazdu. Czekając na bus poznałyśmy parę turystów (ona ze Szwajcarii, on z Australii) z którą przegadaliśmy całą drogę. Nareszcie ktoś mówiący po angielsku! 😀 Podróżowali już od 5 miesięcy, więc mieli o czym opowiadać. Podjechał bus i w tym momencie zaczęło się komplikować. Kierowca zapytał nas czy chcemy jechać do VillaVieja czy od razu na pustynię, bo dziś jest niedziela i „motortaxi” pewnie w ogóle nie jeżdżą. Na pytanie czy zaczeka na nas na pustyni odpowiedział, że tylko nas tam wysadzi, ale przyśle po nas swojego kolegę, który nas odbierze (ale nie wiadomo o której). Przejazd bezpośrednio na pustynię był kuszący, ale wizja powrotu stamtąd dość ulotna. Zapowiadało się 40 stopni, a my miałyśmy zostać na pustyni nie wiadomo ile czasu mając przy sobie raptem 0,5 litra wody. Od Szwajcarki padło pytanie, co mamy zrobić jeśli nikt po nas nie przyjedzie, na co słyszałyśmy w odpowiedzi, że możemy pójść do VillaVieja na piechotę, bo to tylko 9km. W naszych głowach pojawił się obraz tułaczki przez pustynię, w ogromnym upale i bez kropli wody. Nie. Nie chciałyśmy umrzeć na pustyni. Podziękowaliśmy kierowcy za propozycję, ale poprosiliśmy o zawiezienie do VillaVieja. W najgorszym wypadku (jeśli nie złapiemy „motortaxi”) – najwyżej nie zobaczymy pustyni.

W tym momencie do autobusy wsiadła kolumbijska rodzina składająca się z samych kobiet – 5 dorosłych pań (prawdopodobnie 3 siostry, ich matka i kuzynka) i dwójka 3-4 letnich słodkich dziewczynek. Taka „familla colombiana” 🙂 Były bardzo rozbawione i ogromnie zaciekawione nami. Od wejścia się z nami przywitały, zapytały skąd jesteśmy, co chcemy zwiedzać w Kolumbii itp. Co chwile żartowały, więc cały autobus wybuchał śmiechem. Zagadywały nas praktycznie bez przerwy. Potwierdziły niestety słowa naszego kierowcy mówiąc, że w niedziele nie będzie motortaxi i że powinnyśmy jechać bezpośrednio na pustynię. My nadal dostawałyśmy przy swoim – wysiadamy w VillaVieja.

Po dojechaniu do miasta nasi nowo poznani szwajcarsko-australijscy znajomi wysiedli, ale „familla colombiana” została w autobusie. Zorientowałyśmy się więc, że one wszystkie jadą na pustynię! A więc będą też musiały jakoś z niej wrócić, a że miały ze sobą małe dzieci – szansa że zdecydują się iść 9km na piechotę była niewielka. Do tego okazało się, że jedna z nich mówi po angielsku! Szybko potwierdziliśmy, że będą wracały do Neiva (czyli tak jak my) i zapytaliśmy, czy się nami zaopiekują bo boimy się, że nie będziemy miały jak wrócić. Oczywiście zgodziły się bez wahania, wiec pojechałyśmy z nimi 🙂 I w ten oto sposób na kilka godzin stałyśmy się częścią rodziny 🙂

Na pustyni wymieniłyśmy się z Wendy (to ta Kolumbijka mówiąca po angielsku) numerami telefonów, omówiliśmy plan zwiedzania i orientacyjną godzinę, o której będziemy chciały wracać. W praktyce okazało się to zbędne, bo i tak wszędzie chodziłyśmy razem 😉

Sama pustynia zrobiła na nas ogromne wrażenie! Przypomina nieco Wielki Kanion ze wszystkimi swoimi żłobieniami i małymi kanionami, po których można spacerować. Jest niezwykle malownicza i bardzo fotogeniczna 🙂 Kaktusy i krzewy cierniste dodają jej surowego i groźnego charakteru.

Niepotrzebnie martwiłyśmy się o brak wody. Na parkingu, na którym wysiadłyśmy była restauracja i sklepik z napojami, a w pobliżu budki z lodami. Zaopatrzone w zimne napoje udałyśmy się na spacer kanionami naszego nowoodkrytego małego Wielkiego Kanionu.

Niesamowite co upał robi z organizmem. Poł godziny spaceru w słońcu w temperaturze ok 40 stopni spowodowały przegrzanie mojego ciała. Zaczęły mi się „zapalać” kolejne alarmy – najpierw rosnący ból głowy, pózniej słabość i zawroty głowy, ściskanie w żołądku, mdłości. Wszystko po to, żebym zeszła ze słońca i schowała się w chłodniejszym miejscu. A ja w tym momencie byłam już daleko na pustyni, gdzie nie było nawet fragmentu cienia. Nie pomagały kapelusz, lekka koszula z długim rękawem, kremy z filtrami i woda. Było za gorąco i mój organizm domagał się szybkiej reakcji. Było trzeba podjąć decyzję – albo idziemy dalej głównym kanionem licząc na to, że zaraz trafimy na wyjście z tych labiryntów, albo cofamy się (ok 20min drogi). Wahaliśmy się, ale podjęłyśmy decyzję o zawróceniu. Dałyśmy znać naszej rodzinie i ruszyliśmy. Wracając kanionami walczyłam, żeby nie stracić przytomności, ale czułam jak słabnę z każdą minutą. Przyspieszyłam kroku, żeby wykorzystać resztę sił na dojście jak najbliżej parkingu. Udało mi się dotrzeć do celu. Usiadłam w cieniu, a Gosia przyniosła mi zimną wodę. Dojście do siebie zajęło mi prawie dwie godziny… Takie sytuacje przypominają mi, dlaczego zawsze z kimś podróżuje. Reakcje organizmu są czasami trudne do przewidzenia. Zasłabnięcie na pustyni podczas samotnej wędrówki mogłoby być tragiczne w skutkach. Obecność drugiej osoby dodaje otuchy i poczucia bezpieczeństwa. Dziękuję Gosiu, że byłaś obok 🙂

Nasza rodzina wróciła z pustyni ok pół godziny po nas. Zapytały nas czy chcemy coś zjeść i jak nam się podobało. Po krótkiej pogawędce zapadła decyzja o powrocie do Neiva. Nie wiem jak nasza „familla colombiana” załatwiła transport, ale zadzwoniły gdzieś, kogoś o coś podpytały, zatrzymały jakieś „motortaxi” (jednak jeździły, chociaż było ich niedużo) i 15 minut pózniej przyjechał po nas bus, który zawiózł nas prosto do Neiva 🙂

Iwona Kaźmierczak
Iwona Kaźmierczak
Podróże kocha od dziecka. Kiedyś głównie o nich śniła, od kilku lat realizuje swoje marzenia. W wyprawach przez świat uwielbia przygody, stykanie się z nieznanym, poznawanie nowych ludzi oraz niesamowite poczucie wolności, którą daje podróżowanie. Kontakt: iwona@dokadteraz.pl

One thought on “Kolumbia dzień 3: Desierto de La Tatacoa

Dodaj komentarz